Jak wygląda prawdziwy skin? (+18)
07 grudnia 2009„Agresja skinów” podczas „debaty” o transseksualizmie, „zadyma” wywołana przez „kilkudziesięciu osiłków”. „Przerażeni” ludzie.
Wszystko to i jeszcze więcej w Gazecie Wyborczej
miłego oglądania:
„Agresja skinów” podczas „debaty” o transseksualizmie, „zadyma” wywołana przez „kilkudziesięciu osiłków”. „Przerażeni” ludzie.
Wszystko to i jeszcze więcej w Gazecie Wyborczej
miłego oglądania:
Komentarz może być tylko jeden: wolne media w Polsce to kpina, a prawo, wg niejakiej Magdy Jethon, jest po to by je naginać/łamać bo „ja uważam, że możemy go traktować jako pracownika radia”. To że „Trójka” WC nie zatrudniała, więc przepisy wewnętrzne dotyczyć go nie mogły, jest dla pani Magdy i jej podobnych niestotne.
Tu liczy się tylko cel - wyeliminować każdego, kto „nam” nie pasuje. Kto by się przejmował środkami… Statystyczny lemming (czyt. obywatel) i tak nic nie spostrzeże. A demokracja to przecież rządy lemmingów.
Już 31. maja, w niedzielę, w Warszawie odbędzie się IV Marsz dla życia i rodziny. Ruszymy o 12:00 z ulicy Nowy Świat (przy zbiegu ulicy Foksal i Chmielnej). Zakończymy zaś koncertem i piknikiem rodzinnym w Ogrodzie Krasińskich.
Niżej zaproszenie na Marsz w wykonaniu Wojciecha Cejrowskiego.
Więcej informacji na oficjalnej stronie Marszu: http://marsz.org.pl
Nie mam wątpliwości, że to zrobią. Po wczorajszym programie Tomasza Lisa w TVP straciłem wszelkie nadzieje. Jedna z nielicznych pożytecznych w tym kraju instytucji umrze, bo zbyt wielu nie chce ujawnienia prawdy, a Naród albo daje się prowadzić na postronku, albo sam chce dla siebie „świętego spokoju”. Wystarczy, że redaktor Lis zada parę tendencyjnych i żałośnie przewidywalnych pytań w studiu, były prezydent nazwie swoich przeciwników paranoikami i od razu wiadomo co trzeba zrobić - likwidować.
O co chodzi? W skrócie, niejaki pan Zyzak wydał książkę traktującą o Lechu Wałęsie, w której to źródła historyczne są głównie anonimowe i przekazywane ustnie. Bezpośrednią genezę owa książka posiada w pracy magisterskiej autora, obronionej na Uniwersytecie Jagiellońskim w czerwcu 2008, a wydanej przez wydawnictwo Arcana. Traf chciał, iż krakowski oddział IPN potrzebował od października 2008. roku do kwietnia br. pracownika w charakterze archiwisty (praca przy kserokopiarce) i zatrudnił pana Zyzaka, zdając się na poręczenia jego nauczycieli, nie wiedząc jednak o jego feralnym „dziele”. Lech Wałęsa poczuł się obrażony, poniekąd może i słusznie bo anonimowe pomówienia nikomu miłe nie są, ale miast swe obrażenia skierować w stronę odpowiednią, postanowił co postanowił i zagroził że z Polski wyjedzie jeśli się nie zrobi porządku w IPNie.
Cóż z tego, że IPN nie ma z tym nic wspólnego? Nic, i tak trzeba go zlikwidować! Dlaczego? A na to pytanie z kolei trafnie odpowiada redaktor Ziemkiewicz (znów „Rzepa”1; wybacz drogi czytelniku, ale GW programowo nie czytam).
Jakie to jednak ma znaczenie? Wojciech Sumliński nie pracował w IPN ani minuty, a nie przeszkadza to czołowej publicystce Salonu, Ewie Milewicz, atakować Instytutu i domagać się od niego obcesowo, by przepraszał Waldemara Chrostowskiego, kierowcę księdza Popiełuszki, za oskarżenia, które Sumliński w swojej książce sformułował. Znowu − abstrahując od podejrzeń Sumlińskiego (moim skromnym dość dobrze umotywowanych; a los, jaki spotkał autora, osobiście uważam za przekonujący dowód, iż zgłębiając sprawę śmierci Księdza Jerzego w rzeczy samej dokopał się do prawdy) − co u licha ma piernik do wiatraka? Równie dobrze można by się domagać od Ewy Milewicz, żeby publicznie przepraszała Jarosława Kaczyńskiego za to, co ja napisałem o nim w swojej ostatniej książce.
Bzdury − ale wszyscy wiedzą, o co chodzi. Chodzi o IPN. Nie jest ważne, czy jest „ideologicznie neutralny”, czy nie, nic w ogóle nie jest ważne − dla Salonu IPN jest wrogiem przez sam fakt, że w ogóle istnieje. Przez samą nazwę: instytut PAMIĘCI NARODOWEJ. Dla Salonu wrogiem jest nie tyle Instytut, co właśnie Pamięć Narodowa jako taka. Bo to, co nazywamy Salonem, to emanacja elit, które, generalnie, swą uprzywilejowaną pozycję w społeczeństwie zawdzięczają kolaboracji z peerelem. To marcowi docenci i profesorowie-kapusie, którzy z taką zajadłością rzucili się bronić „godności” zagrożonej przez ustawę lustracyjną, to tłumy mniej lub bardziej umoczonych w socjalizmie i jego świństwach cwaniaczków, którzy w peerelu powklejali się na intratne fuchy, a w III RP uwiesili u samego cycka. A że jest to środowisko wciąż wpływowe, więc Donald Tusk, polityk, niestety, całkowicie pozbawiony właściwości i zainteresowany wyłącznie sukcesem, nie traci żadnej okazji, żeby mu się przypodobać.
Samą książkę Zyzaka trafnie skomentował Piotr Gontarczyk na łamach „Rzeczpospolitej”. Tak, ten sam Piotr Gontarczyk. Poniżej podsumowanie jego komentarza, w razie gdyby komu lenistwo nie pozwalało na lekturę całości.
Ta książka jest jego (Zyzaka - przyp. mruwka) porażką i prawdopodobnie również – w świecie nauki i życiu publicznym – klasycznym harakiri. Ale nie tylko o zmarnowany talent autora tu chodzi. Książka jest zła i szkodliwa także dla polskiej historiografii, bo zwolennikom wolności badań naukowych wyrządza niedźwiedzią przysługę. Ich przeciwnicy wezmą biografię Zyzaka i będą triumfalnie pokazywać, że tu nie o żadną prawdę historyczną chodzi, tylko o dokopanie Wałęsie.
Ja się na taką naukę, jaką zaprezentował Zyzak, zwyczajnie, po ludzku, nie zgadzam. Lech Wałęsa to postać skomplikowana i ciekawa. Jakkolwiek by oceniano jego polityczną biografię, to trzeba zachować rygory naukowe i niezbędną dozę obiektywizmu. Przywódca „Solidarności“, polski noblista i prezydent, a przede wszystkim człowiek, cokolwiek byśmy o nim sądzili, na traktowanie a la Zyzak po prostu nie zasługuje.
Medialną biegunkę opisał już na Joggerze Dandys, więc nie będę powielał treści i poprzestanę jedynie na ronieniu łez nad przesądzonym już losem Instytutu Pamięci Narodowej.
1 „Znów «Rzepa»” bierze się z niedopatrzenia autora, gdyż akapit ten powstał później niż ów w którym cytuje się Piotra Gontarczyka. Podczas końcowej obróbki wpisu, autor postanowił jednak zmienić kolejność akapitów, bo uznał, że tak będzie lepiej dla spójności tekstu.
ITI dostało prezent bożonarodzeniowy we wrześniu. Od uroczej p. prezydent Hani. Jedyne 460 mln PLN dostanie ów medialny koncern na zbudowanie swego stadionu. Stadionu, który Warszawie i jej mieszkańcom jest potrzebny mniej więcej tak jak dziura w moście.
Tymczasem… na Szpital Praski brakuje 3,7 mln i Hania jak zawsze uroczo twierdzi, że „nie ma pieniędzy”. O mostach, drogach i kłamstwach (zwanych też „wyborczymi obietnicami”) miłościwie nam w Stolicy panującej nie będę nawet wspominał. Wyszłaby z tego zacna litania, ale te mają niestety to do siebie, że są zawsze zbyt długie. Pozostaje mieć nadzieję, że Warszawiacy zmądrzeją do następnych wyborów.